
Sondaże polityczne w Polsce coraz bardziej przypominają horoskopy z kolorowych magazynów – człowiek wie, że to fantazja, ale i tak zerka ukradkiem, żeby zobaczyć, co tym razem wymyślono. Ostatnie zestawienia wyglądają jednak tak, jakby powstawały późną nocą, w pośpiechu, przy trzeciej kawie i przeciągu, który rozwiewa resztki zdrowego rozsądku.
Platforma Obywatelska z wynikiem powyżej trzydziestu procent? Trudno nie zapytać, gdzie ci wyborcy się ukrywają. W magazynie na sprzęt porządkowy? W sejmowej piwnicy? A może w serwerowni którejś z telewizji? Patrząc na to, jak Koalicja Obywatelska potyka się o własne deklaracje, trudno uwierzyć w masowy zachwyt. Te sondaże są tak elastyczne, że można by je rozciągać jak gumę do ćwiczeń.
Tymczasem na scenie politycznej rośnie ktoś, kogo – według planu – mieliśmy nie zauważyć. Konfederacja Korony Polskiej, przez lata ignorowana i pomijana, zaczyna świecić coraz wyraźniej. I to nie dlatego, że system jej sprzyja, ale dlatego, że sam sobie podkłada nogę.
Proces, który stał się sceną.
To, co dzieje się wokół sprawy Grzegorza Brauna, nie wygląda jak proces polityka, lecz jak proces całego systemu. Paradoks polega na tym, że miała to być kara, a wyszła… najskuteczniejsza kampania wyborcza, jakiej Konfederacja Korony Polskiej nie mogłaby kupić za żadne pieniądze.

Każda rozprawa, każdy korytarz, każde nagranie – to darmowy czas antenowy. Scena, światło, widownia. Promocja, którą system funduje sam z własnej kieszeni, próbując jednocześnie udawać, że jej nie ma.
Wystarczy spojrzeć na media i platformę X. Politycy obozu rządzącego piszą o Braunie niemal codziennie – jakby w kraju nie istniały inne tematy. Widać pośpiech i nerwowość, gaszenie pożarów, które sami wcześniej rozpalili. Reporterzy biegają za nim po schodach, prezenterzy powtarzają jego nazwisko częściej niż tytuły swoich programów, a w sieci trwa nieustanny festiwal komentarzy.
Co więcej, nawet na sali sądowej oskarżyciele próbowali zarzucić Braunowi, że „robi z procesu autopromocję”. Problem w tym, że to właśnie oni – swoimi działaniami, emocjami i przesadą – piszą scenariusz tego politycznego serialu, od którego nie potrafią oderwać wzroku ani media, ani opinia publiczna. Chcieli stworzyć negatywną narrację, a wyszła… reklama. Chcieli zaszkodzić Braunowi, a promują Koronę. Brak zaproszeń do telewizji głównego nurtu? Dla wielu odbiorców to sygnał alarmowy: „skoro tak konsekwentnie pomijają, to znaczy, że się boją”.
Zmęczony elektorat szuka czegoś nowego
Wyborcy PiS są wyczerpani. Wyborcy Konfederacji – rozczarowani. Wyborcy Koalicji Obywatelskiej – coraz bardziej zdezorientowani. W takim klimacie 15–20% poparcia dla KKP przestaje być publicystyczną fantazją, a zaczyna brzmieć jak logiczna konsekwencja społecznego zmęczenia i braku spójności u największych graczy.
To nie magia. To mechanika społeczna. Matematyka, która potrafi zmienić układ sił.
Dwadzieścia procent poparcia to około dziewięćdziesięciu mandatów. Dziewięćdziesięciu! To liczba, przy której każdy kandydat na premiera – niezależnie od barw – musiałby wziąć telefon i zadzwonić. Nie z sympatii. Z politycznego rozsądku.
A Braun, jak to Braun, mógłby odpowiedzieć: „Na żywo, proszę. Na żywo”.
Pierwsze sygnały zmian już widać. Jacek Sasin zdążył nawet mrugnąć w stronę Brauna słowami: „Wolę Grzegorza Brauna niż Donalda Tuska”, pytany o możliwą współpracę po wyborach. Nieporadnie, ale jednak – kierunek został wskazany.
Media dopiero się rozkręcają.
Reporterka TVN biegnąca za Braunem po schodach była tylko zwiastunem sezonu, w którym politycy i dziennikarze zaczną prześcigać się w tym, kto pierwszy „odkryje”, że warto z nim porozmawiać.
Tymczasem wyniki Platformy Obywatelskiej przypominają fasadę z tektury pomalowaną tak, by wyglądała jak marmur. Z daleka prezentuje się to jeszcze efektownie, ale wystarczy podejść bliżej, by zobaczyć, że całość trzyma się na zszywkach i dobrych chęciach. Trzydziestoprocentowe poparcie wygląda w sondażach solidnie, lecz w rzeczywistości jest jak dekoracja z planu filmowego – ma stworzyć wrażenie stabilności tam, gdzie od dawna brakuje fundamentów. To bardziej polityczna scenografia niż realny obraz nastrojów społecznych.
Najlepsza kampania to ta, której nie trzeba opłacać.
Z każdym miesiącem proces Grzegorza Brauna będzie przyciągał coraz większą uwagę. Kolejne rozprawy już 12 i 27 stycznia 2026. Media będą gonić, politycy będą komentować, a system będzie produkował kolejne absurdy. Jednocześnie Braun będzie miał w końcu możliwość odniesienia się do szerszej opinii publicznej w sprawie każdego z kuriozalnych zarzutów – zarzutów, które coraz więcej osób postrzega jako zwykłą kpinę z wymiaru sprawiedliwości.
I wtedy stanie się rzecz najciekawsza:
Konfederacja Korony Polskiej urośnie nie mimo ataków, lecz dzięki nim.
To ironia najwyższej próby – kampania wyborcza finansowana przez przeciwników.
I to jest prawdziwy majstersztyk.






